Artha Hawker BD
Rzemieślniczka lepiąca naczynia gliniane w warsztacie przy hali targowej
Pani Halina przy kole garncarskim w bocznej alejce hali. Zdjęcie z jednego z wtorkowych poranków.

Wtorek, 12 marca 2024 · Hala targowa, boczna alejka

Rzemieślnicy z hali targowej: warsztat garncarski przy straganie

Jak rzemiosło przetrwało obok handlu warzywami

Zapach mokrej gliny miesza się tu z zapachem kopru i kiszonej kapusty. Trzy metry od straganu z miodem, za kotarą z grubego płótna, pani Halina od trzydziestu ośmiu lat toczy naczynia na kole. Kiedyś przechodziło się do niej przez dział z nabiałem, dziś wejście jest od strony hali warzywnej, ale klienci trafiają tak samo — po zapachu i po kierunku, w którym idą ludzie z pustymi torbami.

Warsztat zajmuje dawną komórkę po warzywniaku. Metr na dwa i pół, koło elektryczne ustawione przy oknie, w kącie piec do wypału, na półkach rzędy kubków, misek i doniczek. Pani Halina mówi, że glinę bierze z jednej kopalni na Dolnym Śląsku od lat, bo zmiana dostawcy oznacza naukę od nowa — inaczej się ją wyrabia, inaczej schnie, inaczej pęka w piecu.

Jej dzień zaczyna się o szóstej, gdy na halę wjeżdżają pierwsze samochody z towarem. Wtedy jeszcze nikt nie zagląda do warsztatu, więc siada do koła i toczy przez dwie godziny. Potem otwiera kotarę i sprzedaje — kubki, miski, czasem zamówione wcześniej naczynia dla restauracji z sąsiedniej ulicy. Po południu, gdy ruch na hali maleje, wraca do pieca i do szkliwienia.

Zapytana o to, czy młodsi klienci wracają po ręcznie robione rzeczy, wzrusza ramionami i mówi, że wracają, ale inaczej. Kupują pojedyncze sztuki, pytają o zdjęcia, o to, czy naczynie można wstawić do zmywarki. Trzydzieści lat temu nikt o to nie pytał. Zmieniło się też to, że dziś połowa sprzedaży idzie przez telefon — ktoś zobaczył kubek u znajomego, napisał, umówił się na odbiór przy straganie z miodem.

Nie jest to interes, z którego dałoby się żyć wyłącznie z garncarstwa. Pani Halina mówi wprost: sprzedaż naczyń pokrywa materiał i piec, resztę daje jej stragan z warzywami, który prowadzi razem z córką. Rzemiosło przetrwało tu nie dlatego, że ktoś je dotował, ale dlatego, że przez lata udało się je wpisać w codzienny rytm hali — między rozładunkiem skrzynek a zamknięciem bramy.

Zobacz też: dzień sprzedawcy warzyw na targowisku w Radomiu oraz pozostałe wpisy z hali i bazarków.

Cookie settings We use cookies to keep the site reliable, remember basic choices, and understand which pages are useful. You can accept, reject, or review the settings before continuing.