Kolejność dnia na targu nie jest przypadkowa. Najpierw rozładunek, potem ustawienie towaru, dopiero na końcu pierwszy klient. Poniżej rozpisaliśmy etapy, przez które przechodzi sprzedawca w ciągu jednego dnia pracy — od przyjazdu na halę do rozliczenia z hurtownią. Każdy etap ma swoje ograniczenia: godziny dostaw, opłaty za miejsce, sezonowość towaru i to, ile faktycznie zostaje w kieszeni po odjęciu kosztów.
Dostawy z okolicznych gospodarstw wjeżdżają na halę w wąskim oknie czasowym. Kto spóźni się o pół godziny, ten stoi w kolejce za innymi i traci najlepsze miejsce na straganie. Rozładunek skrzynek trwa zwykle czterdzieści minut, ale przy dużym dostawie warzyw korzeniowych potrafi zająć półtorej godziny.
Cena na dany dzień zależy od tego, co przyjechało z hurtowni i ile tego samego towaru mają sąsiedzi. Sprzedawca nie ustala jej rano na sztywno — koryguje ją w trakcie dnia, gdy widzi, że klienci omijają dany stragan. Warzywa na wagę idą zwykle taniej niż te pakowane na sztuki, bo mniej się marnują.
Największy ruch przypada między siódmą a dziesiątą. Wtedy liczy się szybkość: wydawanie reszty, ważenie, pakowanie. Po dziesiątej przychodzą klienci, którzy szukają okazji i resztek z porannego towaru. To dobry moment na negocjacje, ale tylko przy produktach, które i tak trzeba sprzedać tego samego dnia.
W lipcu i sierpniu nadwyżki owoców potrafią być tak duże, że część towaru trzeba przecenić jeszcze przed południem. Sprzedawcy z dłuższym stażem wiedzą, ile kupić, żeby nie zostać z pełnymi skrzynkami. Resztki, których nie da się sprzedać, trafiają do chłodni albo na kompost — to strata, którą każdy liczy w kosztach dnia.
Po ostatnim kliencie trzeba posprzątać miejsce, spisać, co zeszło, i rozliczyć się z hurtownią. Dopiero wtedy widać, czy dzień był na plusie. Opłata za miejsce, prąd w chłodni i transport to stałe koszty, które trzeba odjąć od utargu, zanim policzy się cokolwiek jako zysk.