Wpis z targowiska, 14 marca
Od czwartej rano na hali do ostatniego klienta po południu. Zapis jednego dnia pracy na straganie z warzywami, od rozładunku skrzynek po pakowanie resztek.
Pan Marek handluje warzywami na tym samym targowisku od dziewiętnastu lat. Ma stałe miejsce przy drugim wejściu, dwa metry blatu i chłodnię dzieloną z sąsiadem z naprzeciwka. Kiedy podjeżdżamy, jest jeszcze ciemno, a on już rozstawia skrzynki pod plandeką, żeby nie zamokły od porannej mgły.
Pierwsze dostawy z okolicznych gospodarstw wjeżdżają na halę między czwartą a wpół do piątej. Kapusta, marchew, buraki, cebula, pietruszka. Część to towar z pola, część z chłodni gospodarza. Pan Marek sprawdza każdą skrzynkę na wyrywki: czy nie ma gnicia na dnie, czy kalafior nie jest zbyt luźny, czy ziemniak nie jest zielony od słońca. Od tego zależy, co pójdzie na wagę, a co wyląduje w skrzyni z napisem „na zupę”.
Nie ma tu cennika z tygodnia na tydzień. Cena na dany dzień zależy od tego, ile towaru przyjechało, ile osób handluje tym samym, jaka jest pogoda i czy w okolicy jest targ w innym mieście. Jeśli na halę wjechało pięć palet marchwi, cena od razu idzie w dół. Jeśli tylko jedna i to jeszcze z gorszym korzeniem, można trzymać wyższą. Pan Marek zapisuje ceny kredą na małej tabliczce, ale i tak większość klientów pyta ustnie.
Warzywa korzeniowe sprzedaje głównie na wagę, nie na sztuki. Powód jest prosty: ziemniak czy burak nigdy nie są równe, a klient, który kupuje na sztuki, wybiera te największe i zostawia resztę. Na wagę idzie szybciej i mniej się marnuje. Wyjątkiem są ogórki i pomidory w sezonie, które ludzie wolą wybierać pojedynczo, żeby ocenić twardość i kolor.
W lipcu i sierpniu, kiedy wszystko dojrzewa naraz, na halę trafia więcej towaru, niż jest w stanie zejść w ciągu dnia. Pan Marek radzi sobie tak: część idzie na obniżoną cenę po południu, część do chłodni na następny dzień, a resztki, których nie da się już sprzedać, wracają do gospodarza albo idą do kogoś, kto robi przetwory. Nie wyrzuca się tego na śmietnik, bo to strata i dla sprzedawcy, i dla rolnika.
Zimą jest odwrotnie. Towar jest droższy, bo trzymany w chłodni od jesieni, a klientów mniej. Wtedy liczy się każda sprzedana główka kapusty i każdy kilogram cebuli. Pan Marek mówi, że zimą pracuje się na utrzymanie miejsca, a zarabia się od maja do października.
Opłata za miejsce na hali jest miesięczna i stała, niezależnie od tego, czy towar zejdzie, czy nie. Do tego dochodzi prąd do chłodni, woda, worki, skrzynki, wózek i paliwo, jeśli sam jeździ po towar. Pan Marek liczy to wszystko razem i mówi, że żeby wyjść na zero, musi sprzedać określoną liczbę skrzynek w miesiącu. Poniżej tego progu dokłada z własnej kieszeni.
Rozliczenie z hurtownią albo z gospodarzem wygląda różnie. Z jednymi rozlicza się co tydzień, z innymi po każdej dostawie. Część towaru bierze w komis, czyli płaci dopiero po sprzedaży. To wygodne, kiedy nie ma się gotówki na wykup z góry, ale wymaga zaufania z obu stron. Pan Marek woli komis tylko u tych, których zna od lat.
Ostatni klienci schodzą między szesnastą a siedemnastą. Potem trzeba posprzątać blat, zważyć resztki, spakować to, co jedzie do chłodni, i wyrzucić to, co się zepsuło. Pan Marek zamyka skrzynki, gasi światło w chłodni i wraca do domu. Jutro znowu o czwartej rano.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda kalkulacja ceny z drugiej strony straganu, zajrzyj do tekstu Skąd biorą się ceny na lokalnym bazarku. A jeśli interesuje cię, co dzieje się w bocznych alejkach hali, przeczytaj o warsztacie garncarskim przy straganie.